Wierząc prognozom pogody kończy się słoneczny i ciepły październik..Chyba pierwszy raz w życiu jestem pogodzona z nadchodzącą jesienią.Po częsci dlatego,że wciąż jestem zmęczona latem,poza tym tęsknie za książką i deszczem stukającym w parapet a przede wszystkim dlatego,że za oknem i w okolicy mam takie widoki.
Mam nadzieję,że potrwa tak dłuzej i jesienna słota nas ominie
W sumie w mojej jesiennej codzienności to nie będzie za dużo tego czasu na relaks przy herbatce,tlących się świecach i z kotem na kolanach,bo program jest dosyć intensywny.
Trzy popołudnia trzeba przeznaczyć na wożenie Richi na zajęcia,a że mieszkamy kawalek od miasta,to są to niemalże wycieczki,bo w jedną stronę 21 km.Prawie tyle samo mam do pracy i dwa takie kursy dziennie to zjadają trochę czasu.Dobrze,że chociaż paliwo tanie :) hehehe
Dla ducha miały być książki,a dla ciała będzie joga.Zapisałam się na zajęcia i jak na razie jestem zachwycona.
W między czasie jakieś zakupki,obiadki,specerki z psem,nieustanne ogarnianie szafy i porządkowanie ogródka.Prace fizyczne zaczęły u mnie jakoś dłużej trwać,rozciągać się w czasie,no mniej sprytnie mi to idzie...Pamiętam moją mamę jak wchodziła w menopauzę,była właśnie rozlazła i gorzej zorganizowana,nie jestem więc bardzo zaskoczona swoim melepectwem...Staram się jednak wykradać każdego wieczoru jakaś chwile na przyjemnośći.Richi to jest typowa jesieniara i przygotowała się celująco do sezonu.Parzy nam korzennie pachnące herbatki lub matche z dodatkami,odpalamy świece sojowe,rozmawiamy sobie albo robimy masaż czy wymieniamy doświadczeniami zdobytymi na zajęciach sportowych.W planach też wieczorne kąpiele,oglądanie filmów i granie w planszówki..lenistwo...
Miałam pisać o weekendach spędzanych nad jeziorem,ale weszłam w ten jesienny nastrój i zakotwiczyłam się na dobre. Naprawdę nie chce mi sie wracać do lata i nie mam do tego weny.To dobry znak.Jestem tu i teraz i tym żyje.Cieszą mnie takie meleńkie sukcesy,bo wiecie,że mam tendencje do wspomnień,rozdrapywania przeszłosći,nostalgii i żalu do tego co było,albo mogło być.
Napisze tylko w wielkim skrócie.Jak już wspominałam,okres wakacyjny minął bardzo intensywnie.
Taki a nie inny scenariusz spędzania czasu podyktowany był między innymi stanem mojej mamy.Przezywałam to bardzo.Poniękąd pogodziałam się z tym,że starość tak wygląda,że mama i tak długo była w dobrej formie, ale tego,że nie mogę być przy niej więcej nie umiałam przetrawić.Pare razy wybrałam się sama,na przedłużony o jeden dzień weekend,bo niestety ale ograniczało mnie dużo rzeczy.Wiadomo,odległość,praca,dom,rodzina na miejscu.Na dłuzej byliśmy w wakacje i dopiero wtedy sytuacja unormowała się na tyle dobrze,że trochę mi odpuściło i mogłam druga połowe lata spędzić bez zamartwiania się.Może też dlatego,że byłam dłużej,mogłam sporo pomóc,odciążyć brata,opiekunkę i zaspokoić własną potrzebę opieki nad mamą.Pobyć z nią,porozmawiać czy wspólnie pomilczeć.Moja kazda wizyta u mamy ma w sobie coś z pożęgnania,tak bardzo się boje że każdy raz jest tym ostatnim..że nie zdąrze...
Już nie zasmucam.
Wracając do lata ..Kemping na którym spedziliśmy cały sezon,to miejsce tętniące życiem,ale nie jest to totalna imprezownia,bardziej z przeznaczeniem dla rodzin z dziećmi. Nasza grupa idealnie się w niego wpisała.Wszyscy z nas mają dzieci,w rożnym wieku tak,że dzieciaki mają towarzystwo,a to najważniejsze.Dla mnie miód na serce gdy zamiast widoku córki przed ekramen,widzę ją biegającą po lesie albo scigającą się na supach.Chodzą na grzyby albo jagody i nawet sama z kolezanką upiekła pyszne jagodzianki.Wieczorem dzieciarnia z całego kempingu zbiera się w kilka grup i łowią raki albo organizują sobie dyskotekę.Jest też świetlica i w niepogodę grają w pingponga albo planszówki.Czasami któś organizuje kino dzieciom,ustawiają rzutnik na ściane białej przyczepy i super seans pod chmurką gotowy.Na dodatek z miejscami leżacymi,bo każdy przynosi swoje wygodne siedzenie a najczęściej leżaczek.A gdy jest już naprawdę ciemno,gasną światła przyczep i sanitariatów to rozpoczyna się najlepszy seans ever na największnym ekranie globu.Firmament odsłania miliardy gwiazd,srebrzystą drogę mleczną,każdą konstelacje i deszcze meteorytów.Dzieje się magia.Tego pięknego widoku chyba nic nie pobije.Po intensywnym dniu i długim wieczorze przy ognisku wyciszamy się parząc na niebo.Rozmowy cichną,muzyka leci gdzies w tle,słychać iskry z żażacego się ognia,gwiazdy spadają ,pokazując swe cudne warkocze a ja wyliczam marzenia: Chcę jeszcze raz do mamy...Proszę aby moja córka była szcześliwa...Naucz mnie byc dobrą matką...Chcę jeszcze raz do mamy...Nie chce wiele,tylko zdrowie i szczęście dziecka i być dobrą matką..Lezymy tak zafascynowani magią nieba aż albo rozbolą kości z zimna ,albo od niewygodnego leżaka.Czasami aura pogodowa nie sprzyja,wtedy są inne atrakcje.Karaoke albo jakieś gry dla dorosłych,typu głuchy telefon czy coś a la zgaduj zgadula.Pomysłów mamy dużo,towarzystwo jest bardzo kreatywne ,więc nie ma mowy o nudzie.Noce są niestety krótke,ledwo zamkniesz oczy a już słychać głosy biegających maluchów po polu,"mamo nie chce parówki","mamo gdzie moje majtki?"
Ale lubie też wstać skoro świt,robie sobie po cichutku kawę i bezszelestnie wychodzę z przyczepy,żeby choć chwilę spędzić sama.Idę wtedy na pomost,z krzesełkiem pod pachą i czasami udaje się w akompaniamencie odgłosów wody i lasu wypić ulubiony napój.Chłone wtedy kazdą sekundę,doceniam spokój,delektuję się samotnością.Zbieram wtedy siły na cały dzień,który nie jest łatwy.
Jak opróżnie kubek i wróce do przyczepy to się zacznie maraton.
Ci z Was,którzy pamiętają czasy biwakowania jako czas konserwy turystycznej na śniadanie,a na drugie smarowanie pasztetem kromki to niech zapomną.Jeśli chodzi o posiłek wieczorny to sie w sumie niewiele zmieniło,bo wciąz króluje kiełbasa pieczona na ognisku,ewentualnie jakieś grilowe mięsne gotowe zestawy,ale pozostałe menu to są zawody kulinarne w stylu Magdy Gessler.Na wyposażeniu przyczep gospodynie mają wszystko.Dosłownie wszystko!Air frayery,kostkarki do lodu,piekarniki dedykowane do pizzy,opiekacze,tostiery,grille,automatyczne kawiarki,termomixy a nawet maszynki do scierania ziemniaków!Wszak podlasie i babka ziemniaczana musi być.Boże,co te kobiety wyprawiąją to się w głowie nie mieści.Jedna przed drugą.W naszej ekipie sniadanie to jest pierwsza konkurencja.Poprzeczka wysoko,zawodniczki przygotowane od strony merytorycznej i praktycznej,bo jedna jest kucharką z profesji i włascicielką bistro,inne na codzień nie siedzą w garach,bo rozwijają się zawodowo i czasu brak,wiec w weekend nadrabiają i bardzo ambitnie podchodzą do tematu.Jest jedna,która jeść bardzo lubi.I jakośćiowo i ilościowo,więc ma jakby dodatową motywacje.I ja.Lubiąca tradycyjnie jajecznice na boczku albo kanapkę z szynką.Ustawiamy się na starcie,mezowie i głodne dzieci dopingują...trzy,dwa,jeden,staaaaart! Leciiiimyyyy!Placuszki,racuszki,pankejki,omlety wytrawne,tortille zawijane,smazone chlebki nadziewane,obkrajane w fantazyjne kształty,cukinie,grzybki,jagody,kabaczki,sakszuki,grzaneczki,wymyślne owsianeczki.
Potem to wszystko trzeba zjeść.Gorzej jak się zaangazujesz w jakieś zaawansowane danie,włożyszw nie pieniądze,serce i czas a Twoi najbliźsi sięgną akurat po coś,co upichciła sąsiadka.Bo zasiadamy wszyscy przy jednym stole,serwujemy nasze menu i mamy śniadanie mistrzów.Oj,można się neżreć!I nie byłoby nic w tym takiego strasznego,gdyby była opcja przetoczyć się od razu z ławki na leżak,ale wzywają obowiązki!Trzeba ten syf,którego się narobiło ogarnąć. Jak zostawisz kuchnie polową,którą każdy ma w przedsionku przyczepy w bałaganie,to automatycznie masz bałagan wszedzie.A jak jak wygląda przyrządzanie posiłków na małej powierzchni to sobie wyobraźcie.Powiedzmy,ze odhaczyłaś śniadanie i reszte związaną z organizacją swojej parceli i już z książką w ręku i leżakiem pod pache udajesz się na plażę.Stawiasz pierwszy krok i słyszysz pytanie córki o jej strój kąpielowy,odkładasz swoje rzeczy i potrzeby na bok,znajdujesz strój,przy okazji robisz młodej dobieranego,przekonujesz,żeby użyła kremu z filtrem i nałożyła czapkę,co kosztuje Cię trochę zdrowia psychicznego,bo negocjacje z nastolatką to nie są łatwe sprawy.Zbierasz się znowu na tą plaże,idziesz a tu nagle niebo zaciągnięte i przekonujesz się,że umiesz biegać załadowana po pachy szybciej niż byś myslała.Trzeba zamknąc okna dachowe,żeby deszcz ne zalazł przyczepy,wiec masz motywacje.Czekasz,aż się rozleje ..sąsiadka proponuje ciasto,i kazda z Was na tą komende stawia coś swojego na stół.Jedne kupują gotowe,inne przywożą swojej roboty,a jeszcze inne pieką na miejscu.Nie możesz nikogo obrazić i próbujesz wszystkiego.Mezowie testują,oceniają i zamawiają na następy raz swoje propozycje.Musicie stanąć na wysokości zadania i notujesz w głowie: "Brownie z wiśniami na za tydzień".Nie pada.Zbieracie się na plaze.Przybiegają dzieci,że woda zimna...maaaaammmo gdzie ręcznik? Nie rozrzucaj mokrych rzeczy po przyczepie!Słychać w kazdym miejscu :) Gdzie moja szczotka? Mamoooo! Ona mi zabrała suszarkę!Masz dość,rzucasz niecenzuralne słowo do koleżanki i idziesz w kierunku plaży.Ona rzuca gorszym mięsem i woła,żebyś poczekała.Przybiega kolejna i w potoku słow dociera do Ciebie,że mówi żebyśmy uciekły na supy.Rzucamy wszystko,która ma gotowego,dopompowanego supa to wygrała los na loterii.Już jest na wodzie,nikt jej nie dopadnie.Te nieprzygotowane się motają,wiadomo,co nagle to po diable.Tobie się udało i wodujesz już swoją deskę,widzisz biegnące dzieci w Twoją strone.Ciociaaaaa!Poczekaj!My tez chcemy.Ignorujesz głosy,udajesz,że nie słyszysz,wiosłujesz ile sił i przeklinasz swój własny pomysł,żeby kupic supa trzyosobowego.Po co ku....wa!Po co?Niektórym matkom się nie udało.Potomstwo nieporadnie pakuje się na deskę i walczy o wiosło.Musisz szybciej przebierać rączkami,po przodu,do przodu!Dawaj!Na drugi brzeg,po drodze jest głeboko,oni się boją tam płynąć.Ty tez się boisz,ale wizja utopienia się jest lepsza niż towarzystwo które cię dogania.Zaszywasz się gdzieś w szuwarach,czaisz się kiedy wypłynąc,żeby nikogo nie spotkać.Wracasz szybko,bo co Ci z takiego relaksu...Zastajesz pobojowisko,sąsiad widzi twoją mine i proponuje napój.Zgadzasz się z przyjemnścią,słyszysz psyyyyyk,bierzesz łyka dwa,i już cię nic nie rusza...wszystko dzieje się jakby obok.Oby lato szybko się skończyło myślisz,bo popadniesz w alkoholizm.Stary wraca z przejażdzki hulajnogą,glodny...Ciebie to nie rusza,wszak pijesz %,jesteś na wakacjach,masz luz.Pare łyków i już wszyscy się zbiegają,głód się odzywa,trza iść w gary...ale spoko.Masz gotowy sos bolognese,tym razem nie bierzesz udziału w żadnych zawodach,gotujesz tylko wode,wrzucasz makaron,starając się pamiętać o soli i żeby odcedzić go al dente i nie przejmujesz się niczym.Częstujesz dzieci znajomych,bo zawsze wolą twoje zwykle słoikowe dania niż gourme swoich rodziców ,na które trzeba jeszcze poczekać a tymczasem się spieszą.Po posiłku i całym spożytym napoju niskoprocentowym masz odwagę,żeby pogonic Starego do umycia naczyń.Negocjacje nie trwają długo,wygrywasz i czując już łaskoczące Cię szczescie po duszy planujesz sobie popołudnie.Samotna wyprawa na rower.Jest tyle miejsc do odkrycia.Musisz tylkko dobrze wyczuć sytuacje i przyczaić się,tak żeby niepostrzeżenie się wyszykować i wymcknąć.Jest nadzieja..towarzystwo całą chalastrą wybiera się popływać,uśmiechasz się do siebie.Pomagasz Riczi się ogarnąć nienarzekając,wszak czeka cię nagroda.Ony rzucił się na drzemkę,już widzisz ich plecy znikające za scieżką prowadzącą na pomost i nadchodzi ulga.Bez pośpiechu zmieniasz strój na bardziej sportowy,szykujesz bidon w wodą,czapka,coś przeciw kleszczom,zamykasz zamek przedsionka,dosiadasz swojego metalowego rumaka i słyszysz znajomego głosy "Ale wieje!My tez idziemy na rower!"
Zamiast odkrywać nowe miejsca w puszczy Augustowskiej,odkrywasz kolejny wioskowy sklep ,pod którym próbujesz się dogadać kto chce jakiego loda i ile, a potem tłumaczysz ( skąd ja mam tyle cierpliwośći?) ,że ten zółty jest cytrynowy tylko nazywa się limonkowy.Fuck.Po lesie nie udało się pojeździć,bo jednego delikwenta gryzły komary,i na szczęście,bo rozwrzeszczana chołota przegoniłaby wszystkie zwięrzęta z lasu.Wracaliśmy więc okrężną drogą,bo dorośli chcieli zrobić więcej kilometrów,a wiecej oznaczało dłuższą trasę i długie wysłychiwanie gównażerii,że już są zmęczeni,ile jeszcze i że ona mnie wyprzedziła a przecież miałem jechać pierwszy!Cieszysz się,że już jestescie spowrotem i idziesz pod prysznic,żeby szum wody troszkę wyciszył twój układ nerwowy.Sanitariaty jawią się jako najlepszy luksus na chwilę obecną.Wychodzisz pachnąca i zrelaksowana,by pomóc rozpalić ognisko.Spieszysz się trochę ,bo chcesz jeszcze zdąrzyc na zachód słońca.Pomosty są zajęte więc idziesz scieżką dalej i dalej aż docierasz do dzikiej plaży i mimo tego,że masz wielką wyobraźnie i przerażają cię takie miejsca to sadzasz tyłek i wyczekujesz tego zachodu.Jest dreszczyk emocji,minuta,dwie,pięć...nie o taką cisze Ci chodziło!Zbierasz się stamtąd szybkim tempem,odnajdujesz drogę powrotną i wdeptując w gów...no w pośpiechu. Jesteś w klapkach, trzeba by było zejsc do wody i przepłukać stopę,wiec musisz wrócić,zejśc na plaże,czy lepiej iść dalej z zasraną nogą?Nie możesz się zdecydowac,między krzakami przebłyskuje pomarańczowe niebo,promienie zachodzącego słońca odbijają się w wodzie,która jest kolorowa ze srebrzystą poswiatą,oślepia cię,czujesz przyjemne ciepło na ciele,ale tylko to sobie wyobrażasz,bo widzisz tylko chaszcze i papierzaki na prawo i lewo.Wybiegasz dosłownie na swoje pole namiotowe,wbiegasz z impetem w zamuloną wodę,szybciej aby tylko zmyć z siebie pamiątke zdobytą na ścieżce zanim kogoś spotkasz.
Udaje się,wracasz do ogniska,panowie z zimnym piwkiem w rękach,panie szykujące ochłapy na grilla,sałatki,przekąski,dociera do Ciebie,że taki twój los i nic lepszego Cię dzisiaj nie spotka i zabierasz się za robienie sosu tzatziki.Może smak czosnku zabije twoją gorycz.Zajadasz swój smutek kolejną kiełbaską,popijasz piwem..Siedzicie sobie przy ogniu,dochodzi 22-ga ,muzyka cichnie,dzieci i młodziez wraca do swoich przyczep,przynoszą swoje zdobycze,raki,ryby lub opowiesci z całego dnia,bo przecież wcześniej nie było czasu pogadać.Gwiazdy rozswietllają niebo,spalają się i spadają,wypowiadasz w myslach kolejne marzenie,otula cię ciepło palonego drzewa,odgłos ogniska jeszcze bardziej wycisza,kolezanka opowiada historię oświadczyn jej męża,słyszysz tylko co piąte słowo,bo wsłuchujesz się w coś innego..przecież jesteście zdrowi,pojedziesz do mamy za tydzień,w pracy jest akurat lajt i w cale ciężko nie wzdychasz na mysl o poniedziałku,nawet jak bedą korki w drodze powrotnej to nie szkodzi,będzie okazja pogadać.O!Ale wielki warkocz zostawiła ta gwiazda!Zobaczcie,droga mleczna...wow,ale tu pięknie jest.I pogoda dopisała.Przecież gdyby tak nie wiało,to nie pojechalibysmy na te lody.No,a taka fajna trasa była!Co jutro robimy?Może wypożyczymy rowerki wodne i popłyniemy na obiad do tej knajpy na przeciwko?Wszyscy razem? Nie ma tylu rowerków.Zmieścimy się!
:)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz