..................................................................

..................................................................

3 paź 2026

Jesień,czas narzekania !

 W tym roku wyjątkowo zatęskiniłam za jesienią.Gdy lato jeszcze w pełni trwało ( przynajmniej to kalendarzowe,bo pogodowo to lato było u nas dosłownie przez 5 dni) zmęczona już aurą i ogólnie za szybkim tempem ostatnich miesięcy marzyłam o wyrwaniu kartki z kalendaeza z tytułem "sierpień".

No tak w ogóle nie po mojemu,bo ja ciepełko uwielbiam.I wszystko co z nim związane,czyli więcej endorfin,serotoniny i pozytywnych wajbów.Tyle,że słońce w tym roku na podlasiu zastrajkowało.

Przez sytuacje z moją mamą,nie miałam w tym roku szczególnych planów na wojaże.Szczerze powiedziawszy wręcz bałam się cieszyć i żyć normalnie na codzień,jakby w obawie,że sprowokuje los  i właśnie wtedy gdy będziemy na wyjeździe zdarzy się coś złego.W takim przekonaniu trwałam od lutego do sierpnia...Nie umiałam cieszyć się życiem,baaa nie umiałam żyć.W pracy jakoś funkcjonowałam,na autopilocie bardziej,bo nie był to na szczęscie jakiś wymagający okres,ale w domu nie było już tak łatwo...Riczi dojrzewa,ja mam już okres perimenopauzalny,jakieś mikro problemy wynikające z codziennośći i kwestia mamy.Na szczescie Ony nie dołożył nic swojego.Zarobiony był i muszę przyznać,że się starał.Jakoś ogarneliśmy to lato.

Jakoś...Jeszcze przez rozpoczeciem się na dobre sezonu karawaningowego postanowiliśmy postawić przyczepę stacjonarnie.Było o tyle łatwiej,że takie same plany mieli wszyscy nasi znajomi z przyczepkowej paczki.Już w tamtym roku znaleźlismy miejscówkę nad jeziorem,z tym,że miała być na chwilę,a wyszło,że koczowaliśmy tam trzy miesiące.Zaczęło się od pierwszego czerwcowego weekendu a skończyło na drugim wrześniowym.W między czasie wyjechaliśmy tylko na tygodniowy wypad i ja sama na pare dni do mamy.I to w cale nie była sielanka...Jeśli ktoś z Was zna karawaningowe klimaty,to wie,że cały tydzień jest podporządkowany wyjazdom.

Zacznę od dupy strony i opisze niedzielne popołudnie i wieczór.Czyli czas powrotu..około 17 zaczynaliśmy się zbierać,bo to nie tak,że zamykasz przyczepę i włala.Trzeba ogarnąć swój majdan i pozbierać dobytek,typu: naczynia,ręczniki,supy i inne duperele rozrzucone po znajomych w innych przyczepach,zostawić w miare porządek,pożegnac wszystkich, tych lubianych bardziej i mniej,a pole jest ogromne i schodzi dłuższa chwila i będąc juz w aucie musisz także pogadać z sąsiadem z przyczepki siedem parceli dalej,bo miał coś pilnego i zaczepił na sekundkę.Wyjżedzaliśmy grubo po 18 stej z modlitwą na ustach,żeby nie było korków.Tak samo wyjeżdzali wszyscy inni,a droga tylko jedna.Byliśmy bardzo zadowoleni gdy docieraliśmy do domu na 20 stą.A tam rozpakowywanie jedzenia,ubrań,pranie,szykowanie się na dzień jutrzejszy do pracy,zbieranie plonów z ogródka,karmienie zwierzaków i poświecanie im czasu,bo stęsknione po weekendzie..Kładłam się około 23,a wstaje do pracy o 5.Powiedzmy,że ten poniedziałek w pracy jakoś przebolałam...aczkolwiek powiem szczerze,że bałam się z pracy wychodzić,bo czekało mnie zderzenie z rzeczywistością.Widmo czterech dni,poczas których muszę poradzić sobie z codziennymi obowiązkami typu zakupy,gotowanie,sprzątanie,praca w ogródku,spacery z psem i kotem mnie przerażała.Musiałam tak spiąć logistycznie to wszystko,żeby w czwartek wieczorem być spakowana łącznie z gotowym jedzieniem na weekend,bo w piątek od razu po pracy gnaliśmy nad jezioro.Tak,gnaliśmy,bo Ony nie chciał w tym wszystkim znaleźc miejsca na luz czy spontan.Jakie to było stresujące,gdy wszystko robiłam dosłownie z zegarkiem w ręku!W poniedziałek po pracy szybkie zakupy,żeby jeszcze zdąrzyć upichcić jakiś obiad,najlepiej na dwa dni,poźniej ogarnianie ogródka,a jak pojawiły się z niego plony to doszło jeszcze robienie weków.Mam w spiżarce ponad 60 słoików własnoręcznie zapełnionych ogóreczkami,przecierami,kompotami,dżemami a już cały wrzesień z nich korzystamy,tak że było wiecej.No,jestem przy okazji z siebie dumna :) W środy woziłam Riczi do stajni,spędzała tam 2 godziny a ja razem z nią,bo niekorzystnie pod każdym względem wypadało jeżdzenie tam i spowrotem.Siedziałam sobie wtedy albo spacerowałam po pobliskim lesie,ale ile wyrzutów sumienia miałam,bo przecież w tym czasie można było tyle zrobić.Więc potem nadrabiałam ten czas w pędzie gotując obiad albo sprzątając mieszkanie.W czwartki po pracy zaliczałam super market i z listą w ręku robiłam zakupy,pilnując każdej pozycji.Było już zaplanowane co będziemy jeść w weekend i musiałam mieć wszystkie składniki żeby jeszcze tego samego dnia nagotować.Wieczorem pakowanie ciuchów,w piątek po pracy szybki obiad,załadowanie turystycznych lodówek,prysznic,nakarmienie zwierzaków,dogadanie się z sąsiadami w kwestii karmienia naszych zwierzy,podlanie ogródka ,ogarnięcie chaty,bo nie lubie wracać do bałaganu,sprawdzenie po trzy razy,czy wszystkie okna zamknięte,kurki dokręcone, wyłączone sprzęty i jazda nad jezioro.Oczywiście piszę tu cały czas o swoich obowiązkach,bo m miał tylko dwa.Wrzucenie wszystkich rzeczy do bagażnika i pamiętać żeby zabrać klucze do przyczepy.Dwa razy zapomniał.A przepraszam...zdarzyło mu się w  przypływie dobroci nakarmić zwierzaki!I to nie to,że obowiązki były źle rozdzielone...ja je rozdzielałam sprawiedliwie.Riczi,która miała wakacje i piątki spędzała w domu ,przydzielona była do zaopiekowania się zwierzątkami,czyli miała je nakarmić i przygotować jedzenie do przkazania sąsiadom,którzy karmili nasze sierściuchy podczas naszych nieobecnosci.Powinna była też się spakować na dzień wcześniej,ale robiła to oczywiście na ostatnią chwilę i to na nią zazwyczaj czekaliśmy żeby wyruszyć.Ony,który tak planował robtę,żeby w piątki pracowac w domu miał za zadanie dopilnować,by w chacie było w miare ogarnięte i by sprawnie mozna było mieszkanie opuścić.Bo ja,jak nie ma porządku to nie wyjdę.A kończyło się tym ,że to ja ich pospieszałam,karmiłam kota i psa,sprawdzałam czy wszystko pozamykane itd.Bo ponoć ja to robie najlepiej! I jeszcze raz wykrzyknik! Wsiadałam do auta zazwyczaj zdenerwowana lub sfrustrowana ale przez 2 godziny jazdy mi przechodziło.Szczególnie jak prowadziłam :) Wszak czekał mnie wspaniały weekend pełen luzu,wypoczynku oraz  samych przyjemnośći :)



Ale o tym naastępnym razem.

ps.Niech Was tytuł nie zmyli,ja w cale nie narzekam :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz