..................................................................

..................................................................

wtorek, 8 listopada 2016

Smieszna seria 2

Za dużo łez,za dużo zła.Czas na uśmiech :-)


Pisanie bloga wymaga co najmniej tego,aby jego bohaterom przypisac jakieś fajne pseudonimy.
„Onego” nie musiałam wymyslac,jakoś samo się napatoczyło,ale dla Riczątka wciąż opracowywałam nowe wersje…I chyba mam! Melcia J  Tak wyszło podczas naszej ostatniej wizyty u mojej rodziny.
Udało im się.No,prawdziwa Melcia!Sami zobaczcie:

Jesteśmy gdzieś w centralnej Polsce,stoimy w gigantycznym korku,o tej porze powinniśmy się zbliżać do celu podróży,tymczasem…Zaczynam jojczyć,że co za  drogi,warunki itp. itd. a siedząca obok  dwulatka komentuje
-Mamo,nie panikuj.

Dopadła ją choroba.Jelitówka z grypą żołądkową i jeszcze jakaś inna mutacja.Leci górą i dołem.
Załuje córki,głaszcze głowkę podczas wymiotów i dzielnie znosze zapachy z nocnika.W zamian słysze:
-Mamo,nie przejmuj się.Wszystkim się zdarza.

Moja potomka podczas codziennych harców w domu tylko na sufit nie wejdzie.Grawitacja nie pozwala i to tylko dlatego.Wszędzie indziej owszem i z ochotą.Strofuje ją,pouczam i uprzedzam,że upadnie,uderzy się i będzie płakała.I co słysze w odpowiedzi?

-Do wesela się zagoi.

sobota, 1 października 2016

[*]

Wiecie,że można żyć bez serca...
Żyć,za wielkie słowo.Wegetować.Istnieć.
Przekonałam się o tym,bo moje roztrzaskane na miliardy drobinek serce opuściło me ciało i odeszło wraz z moim synkiem do Nieba.
Szkoda,bo mam na tym łez padole jeszcze córeczkę,dla której powinnam żyć i się starać,ale nie mogę...
Jeszcze nie potrafię.

Nie mówię żegnaj,bo wiem ze gdzieś,kiedyś...
Tęsknie dziecinko [*]



piątek, 9 września 2016

Niezliczone Cudy Świata

Coś mi nie pozwalało pisać o kolejnym cudzie Swiata...
Z dziwnym uczuciem patrzyłam na tytuły postów jednej blogowiczki albo na ich brak i instynkt podpowiadał czekać.Tak po prostu bez wnikania i zastanawiania się.
Teraz już mogę się cieszyć za nas obie.
Uczuciowa  jest w ciąży.
Razem jesteśmy :-)

sobota, 6 sierpnia 2016

Że ...sierpień już ???

Nie wiem jakim sposobem znałazłam się w innej czasoprzestrzeni.
Wpadłam w takie zapomnienie,że nie mogłam się zalogować.Zapomniałam hasło. Totalny reset w głowie.
Ale miło tak nie pamiętać....Fajnie się spieszyć i nie miec czasu na biadolenie i smutki,które się rozpanoszyły w moim życiu ostatnio.
Ja wręcz lubie byc spóźniona i do tyłu ze wszystkim, i nie móc,nie pamiętać,wtedy czuje że żyje. I pomyśleć,że nie tak dawno miałam natręctwa z powodu swojego perfekcjonizmu....
Dobrze mi z tym,ze poźno wracam z pracy albo przed wyjściem nie zdąrzam z drugim daniem czy idealnym sprzątnięciem łazienki.
Uwielbiam mówić "pracuje" i z ochotą idę do pracy.
Do tego wszystkiego doszedł bardzo udany urlop na pojezierzu Augustowskim i wizja wyjazdu do rodziny za niecały miesiąc.Tak wiec wszystko odhaczamy na plus i trzymamy kciuki aby wciaż Mount Everest wypadał blado w porównaniu z wyżynami na których aktualnie się znajduje.
Znowu szybko żyje i chcę się tym nacieszyć póki mi zdrowie i wiek pozwala.
Do usłyszenia!



sobota, 2 lipca 2016

Simera na wielu płaszczyznach

Zawodowo:  4 z plusem
Wagowo: jest na 5
Finansowo: słabe 4 ale pieniądze szczescia nie dają
Zdrowie: z tego co mi wiadomo 5
Macieżyństwo: nigdy tak dobrze nie było więc 6 to za mało
Przyjażnie i relacje między ludzkie: też 5
Opalenizna: jest 6 bez wakacji w tropikach
Małżeństwo: nie klasyfikowana 

poniedziałek, 23 maja 2016

Kryzys dwulatki vs kryzys matki wielolatki.

Tak,stuknęło mi niedawno 38 wiosen życia...
Przynajmniej połowę z tego gdzies straciłam i nie przeżyłam.Za mało mi.
No ale ja nie o tym chciałam...
Sam tytuł posta sugeruje-nie dzieje się u nas dobrze.
Kolejna kumulacja,kolejne łzy i szarpanie nerwów.
Chyba nie wierzyłam w te wszystkie dziecięce  kryzysy i trudne ząbkowania.Tłumaczyłam sobie nieudolnością rodziców.Wcale nie chcę się wybielac i diametralnie zwalać winę na osławione bunty, bo winy z mojej strony tez jest sporo. Ale skąd brac siłę,nadzieję i ochotę do walki,skoro na kazdym polu bitwy polegam?
Jest jeden maleńki plusik w tym wszystkim-dostałam pracę.Staż za marne grosze a roboty na cały etat. Ale lepszy rydz jak nic i tak oto Simera od trzech tygodni uczęszcza do pracy,z nadzieją ze w końcu dostanie umowę i że się jej powiedzie.
Umęczona matka Polka pracą zawodową planuje wolny dzień po pracowitym weekendzie,czyli sytuacja z wczoraj/dzisiaj.
Marzy mi się piękna pogoda i się spęłnia.
Odkładam na bok egoistyczne potrzeby typu:malowanie paznokci,odpoczywanie i delektowanie się słońcem i wybieram wersje hard.
Czyli wciskam śniadanie w niejadka i o 9 rano wyruszamy na podbój okolicznych placów zabaw,wcześniej zrobiwszy zakupy.
Incydent w piekarni już wywołuje u mnie gęsią skórkę,bo pani z za lady czestuje moją "uroczą" córeczkę mini pączkiem a ta w ramach podziękowania rzuca nim z impetem o podłogę i depcze namiętnie.Po czym wybucha płaczem,bo "nie ma ciacha" Płacę za wszystko ze stoickim spokojem i miną typu "dzieci tak mają" i wychodzę z brzdącem,który wyrywa się z mojego uścisku i pedzi wprost pod rozpędzony rower. Na szczęscie pojazd hamulce miał sprawne a ja szybką reakcje.Siadam z berbeciem na ławeczce w celu uspokojenia rozkołatanych nerwów,podaje jej picie,a ona rozlewa je po sobie...Nic nowego.Jestem przyzwyczajona,w aucie mam zawsze zamienną garderobę,No ale dzisiaj nie ma takiej potrzeby,jest wręcz upalnie i wszystko szybko schnie a ja zadowolona z tej myśli wogóle się nie denerwuje. Idziemy do Stonki,robimy zakupy bez większych ekscesów,po czym wkraczamy na pierwszy plac zabaw.Jest troje dzieci,moja córka okazuje zadowolenie a ja odetchnełam z ulgą,bo przecież w końcu poznam co to znaczy "dzieci zajmą się sobą"
Kusząca zielona łąweczka,znajdująca się w cieniu drzew nie zaznała mojego zadu,bo córeczka dzieci lubie tylko teoretycznie.W praktyce wyglądało to tak: "aaaaaaaa mamamaaa eeeeeee mama yyyyyyy mamaaaa"
Na siłę pohuśtała się na koniku,zjechała parę razy na zjeżdzalni a na komende "jedziemy do domu" wybuchnęła z histerią! Ani się bawić ani się zbierać.Nic nie pasuje damie.A byłyśmy bez kapelusza,wiec  najlepszym rozwiązaniem było wycofać się w kierunku domu. Ale Riczi nie podzielała moich wniosków.Nie żebym czegoś takiego wymagała od niespełna dwulatki,no ale słowo matczyne powinno coś znaczyć,prawda? No wiec kolejne piętnaście minut szarpaniny,płaczu i daremnych słow. Obiecałam kolejny plac zabaw,który był po drodze do kolejnego sklepu,który musiałam zaliczyć,i tylko dlatego jakoś udało nam się zrobić kilka kroków do przodu. Na drugim placyku nie było nikogo,więc moja córka mogła czuć się jak ryba w wodzie i miała pole do popisu,no ale chciała wszystko " z mamą'' W hustawkę się zmieściłam,na koniku już mi było trudno o rownowagę i balans z dziesięciokilową dziewczynką,na zjezdzalni nie miałam zamiaru próbować...Stało się to powodem do kolejnego ataku płaczu i niezadowolenia mojej potomki.Przetrzymałam dwie minuty na bezdechu chyba pobijając tym swój rekord a potem wziełam kilka głębszych oddechów i berbecia pod pachę. Jakoś dokuśtykałam do samochodu,zapiełam rozszalałego gówniarza w pasy i pognałam z piskiem opon do domu,darując sobie resztę bardzo ważnych zakupów.Po drodzę nie obyło sie bez turbulencji...normalka.
W domu nakarmiłam,napoiłam,przebrałam pieluchę i z nadzieją ze wymęczona "atrakcjami" dnia szybko zaśnie położyłam się obok niej w naszym małżeńskim/rodzinnym łozu.I leżałam tak godzinę z minutami podczas gdy młoda fikała,brykała i ani myślała zasnąć.
Wtedy ujawnił się kryzys matki.
Kryzys długo trzymany za zebami,więc powiedziało się głośno i konkretnie.
Krzyczałam tak,że chyba w całym województwie słyszano,nie przebierałam w słowach ale na szczęście udało mi się powstrzymac od rękoczynów.
Mineła prawie kolejna godzina zanim dziecko się nade mną zlitowało i zasnęło a efektem tego jest mój post i pusta puszka po piwie.Tylko to mnie uratowało.

                         

czwartek, 28 kwietnia 2016

Dzień jak codzień

Kiedyś,gdy byłam matką idealną,czyli zanim urodziłam Riczi,czytując blogi młodych matek kręciłam głową z politowaniem i komentowałam w duchu,że takie to głupiutkie,nieporadne,niezorganizowane i mało życiowe...
Bo żaliła się jedna z drugą,że berbeć daje się we znaki,że się nie wyrabia z podstawowymi obowiązkami wobec wyżej wymienionego  i domu,męża i siebie zaniedbuje.Naprawdę nie wierzyłam że mając tylko za zadanie zadbać o dziecko,ugotować obiad i ogarnąć mieszkanie,można temu nie sprostać.Wystarczyłoby nie leniuchować i nie spędzac połowy dnia na drapaniu się po tylku,albo przed ekranem komputera czy telewizorni.A jak by  się miało choćiazby trochę chęci to juz plan wyrobiony w 100%
Ja chęci miałam wtedy za pięcioro.Wydawało mi się,że ja to będę dopiero super gosposią,matką i żoną.W domu miał się unosić zapach swieżo upichconego  obiadku,najlepiej dwudaniowego,jakiegoś zdrowego,nie że byle jaka zupa i schabowy z ziemniakami.A fuj!Miało być zdrowo i kolorowo.Podłoga miała robić za lustro,a potomka moja pełzać z uśmiechem,bawić się grzecznie swoimi ślicznymi czysciutkimi zabaweczkami a potem odkładać je na miejsce. Ubrana w różowe tiule i fioletowe falbanki miała słodka gaworzyć ( tymczasem własnie usłyszałam jej wrzask oznaczający,że obudziła sie po niespełna godzinie drzemki! ) i gugać do lalek.
Te moje idealne wyobrażenia zostały zakłocone gdzies około pierwszego miesiąca życia Riczi.Wtedy to własnie  przeprowadziliśmy się na swoje 90 metrów z pokoiku u teściów.Na takiej przestrzeni to już było inaczej.Bo młoda nie czuła już mojej obecności gdy chociazby udałam się do kuchni zamieszać bigos.Zaczęły się jęki i płacze.I tak to trwa do dziasiaj....

Inaczej miałam zakończyć ten post,ba...miał on "trwać" znacznie dłużej,ale tak jak wspomniałam wyżej...niespełna godzina snu to widocznie wystarczająco dla mnie aby nadrobić swoje życie i w tym samym czasie ogarnąć domowy burdel,ubić schabowe i obrać ziemniaki.
Tak wiec,skoro moja córka uznała że koniec tego dobrego,to nie pozostaje mi nic innego jak przerwać wypociny i zając kochanym szkrabikiem :-/
Obiad moze zrobi się sam....