Szczęśliwej drogi już czas
..................................................................
11 paź 2026
3 paź 2026
Jesień,czas narzekania !
W tym roku wyjątkowo zatęskiniłam za jesienią.Gdy lato jeszcze w pełni trwało ( przynajmniej to kalendarzowe,bo pogodowo to lato było u nas dosłownie przez 5 dni) zmęczona już aurą i ogólnie za szybkim tempem ostatnich miesięcy marzyłam o wyrwaniu kartki z kalendaeza z tytułem "sierpień".
No tak w ogóle nie po mojemu,bo ja ciepełko uwielbiam.I wszystko co z nim związane,czyli więcej endorfin,serotoniny i pozytywnych wajbów.Tyle,że słońce w tym roku na podlasiu zastrajkowało.
Przez sytuacje z moją mamą,nie miałam w tym roku szczególnych planów na wojaże.Szczerze powiedziawszy wręcz bałam się cieszyć i żyć normalnie na codzień,jakby w obawie,że sprowokuje los i właśnie wtedy gdy będziemy na wyjeździe zdarzy się coś złego.W takim przekonaniu trwałam od lutego do sierpnia...Nie umiałam cieszyć się życiem,baaa nie umiałam żyć.W pracy jakoś funkcjonowałam,na autopilocie bardziej,bo nie był to na szczęscie jakiś wymagający okres,ale w domu nie było już tak łatwo...Riczi dojrzewa,ja mam już okres perimenopauzalny,jakieś mikro problemy wynikające z codziennośći i kwestia mamy.Na szczescie Ony nie dołożył nic swojego.Zarobiony był i muszę przyznać,że się starał.Jakoś ogarneliśmy to lato.
Jakoś...Jeszcze przez rozpoczeciem się na dobre sezonu karawaningowego postanowiliśmy postawić przyczepę stacjonarnie.Było o tyle łatwiej,że takie same plany mieli wszyscy nasi znajomi z przyczepkowej paczki.Już w tamtym roku znaleźlismy miejscówkę nad jeziorem,z tym,że miała być na chwilę,a wyszło,że koczowaliśmy tam trzy miesiące.Zaczęło się od pierwszego czerwcowego weekendu a skończyło na drugim wrześniowym.W między czasie wyjechaliśmy tylko na tygodniowy wypad i ja sama na pare dni do mamy.I to w cale nie była sielanka...Jeśli ktoś z Was zna karawaningowe klimaty,to wie,że cały tydzień jest podporządkowany wyjazdom.
Zacznę od dupy strony i opisze niedzielne popołudnie i wieczór.Czyli czas powrotu..około 17 zaczynaliśmy się zbierać,bo to nie tak,że zamykasz przyczepę i włala.Trzeba ogarnąć swój majdan i pozbierać dobytek,typu: naczynia,ręczniki,supy i inne duperele rozrzucone po znajomych w innych przyczepach,zostawić w miare porządek,pożegnac wszystkich, tych lubianych bardziej i mniej,a pole jest ogromne i schodzi dłuższa chwila i będąc juz w aucie musisz także pogadać z sąsiadem z przyczepki siedem parceli dalej,bo miał coś pilnego i zaczepił na sekundkę.Wyjżedzaliśmy grubo po 18 stej z modlitwą na ustach,żeby nie było korków.Tak samo wyjeżdzali wszyscy inni,a droga tylko jedna.Byliśmy bardzo zadowoleni gdy docieraliśmy do domu na 20 stą.A tam rozpakowywanie jedzenia,ubrań,pranie,szykowanie się na dzień jutrzejszy do pracy,zbieranie plonów z ogródka,karmienie zwierzaków i poświecanie im czasu,bo stęsknione po weekendzie..Kładłam się około 23,a wstaje do pracy o 5.Powiedzmy,że ten poniedziałek w pracy jakoś przebolałam...aczkolwiek powiem szczerze,że bałam się z pracy wychodzić,bo czekało mnie zderzenie z rzeczywistością.Widmo czterech dni,poczas których muszę poradzić sobie z codziennymi obowiązkami typu zakupy,gotowanie,sprzątanie,praca w ogródku,spacery z psem i kotem mnie przerażała.Musiałam tak spiąć logistycznie to wszystko,żeby w czwartek wieczorem być spakowana łącznie z gotowym jedzieniem na weekend,bo w piątek od razu po pracy gnaliśmy nad jezioro.Tak,gnaliśmy,bo Ony nie chciał w tym wszystkim znaleźc miejsca na luz czy spontan.Jakie to było stresujące,gdy wszystko robiłam dosłownie z zegarkiem w ręku!W poniedziałek po pracy szybkie zakupy,żeby jeszcze zdąrzyć upichcić jakiś obiad,najlepiej na dwa dni,poźniej ogarnianie ogródka,a jak pojawiły się z niego plony to doszło jeszcze robienie weków.Mam w spiżarce ponad 60 słoików własnoręcznie zapełnionych ogóreczkami,przecierami,kompotami,dżemami a już cały wrzesień z nich korzystamy,tak że było wiecej.No,jestem przy okazji z siebie dumna :) W środy woziłam Riczi do stajni,spędzała tam 2 godziny a ja razem z nią,bo niekorzystnie pod każdym względem wypadało jeżdzenie tam i spowrotem.Siedziałam sobie wtedy albo spacerowałam po pobliskim lesie,ale ile wyrzutów sumienia miałam,bo przecież w tym czasie można było tyle zrobić.Więc potem nadrabiałam ten czas w pędzie gotując obiad albo sprzątając mieszkanie.W czwartki po pracy zaliczałam super market i z listą w ręku robiłam zakupy,pilnując każdej pozycji.Było już zaplanowane co będziemy jeść w weekend i musiałam mieć wszystkie składniki żeby jeszcze tego samego dnia nagotować.Wieczorem pakowanie ciuchów,w piątek po pracy szybki obiad,załadowanie turystycznych lodówek,prysznic,nakarmienie zwierzaków,dogadanie się z sąsiadami w kwestii karmienia naszych zwierzy,podlanie ogródka ,ogarnięcie chaty,bo nie lubie wracać do bałaganu,sprawdzenie po trzy razy,czy wszystkie okna zamknięte,kurki dokręcone, wyłączone sprzęty i jazda nad jezioro.Oczywiście piszę tu cały czas o swoich obowiązkach,bo m miał tylko dwa.Wrzucenie wszystkich rzeczy do bagażnika i pamiętać żeby zabrać klucze do przyczepy.Dwa razy zapomniał.A przepraszam...zdarzyło mu się w przypływie dobroci nakarmić zwierzaki!I to nie to,że obowiązki były źle rozdzielone...ja je rozdzielałam sprawiedliwie.Riczi,która miała wakacje i piątki spędzała w domu ,przydzielona była do zaopiekowania się zwierzątkami,czyli miała je nakarmić i przygotować jedzenie do przkazania sąsiadom,którzy karmili nasze sierściuchy podczas naszych nieobecnosci.Powinna była też się spakować na dzień wcześniej,ale robiła to oczywiście na ostatnią chwilę i to na nią zazwyczaj czekaliśmy żeby wyruszyć.Ony,który tak planował robtę,żeby w piątki pracowac w domu miał za zadanie dopilnować,by w chacie było w miare ogarnięte i by sprawnie mozna było mieszkanie opuścić.Bo ja,jak nie ma porządku to nie wyjdę.A kończyło się tym ,że to ja ich pospieszałam,karmiłam kota i psa,sprawdzałam czy wszystko pozamykane itd.Bo ponoć ja to robie najlepiej! I jeszcze raz wykrzyknik! Wsiadałam do auta zazwyczaj zdenerwowana lub sfrustrowana ale przez 2 godziny jazdy mi przechodziło.Szczególnie jak prowadziłam :) Wszak czekał mnie wspaniały weekend pełen luzu,wypoczynku oraz samych przyjemnośći :)
Ale o tym naastępnym razem.
ps.Niech Was tytuł nie zmyli,ja w cale nie narzekam :)
28 mar 2026
Bardzo bym chciała,żeby moje pozytywne wpisy były tutaj serią a nie epizodem.Żeby po prostu było tak jak w życiu przeciętnego Kowalskiego,nie raz na wozie raz pod wozem,tylko w stosunku co najmniej 3:1.Nie wymagam wiele,prawda? Tymczasem teraz jest 5:0.Przegrywam od kilku meczy...
Zaczęło się końcem stycznia,kiedy zdrowie mamy podupadło.Opiekowałam się nią jak mogłam,zaniedbując córkę,ignorując ferie,plany i rezerwacje jakie poczyniłam.I nie chce tu sprowadzać problemu do kwestii materialnej,ale jak się ma słabe zarobki ( bo skupiam się bardziej na dziecku,domu,rodzinie,niż na karierze) i ograniczony budżet,który sie wydaje pod rozwój Riczi,to finanse okazują się istotną kwestią. Wyszło tak,że moja prawie tygodniowa opieka nad mamą skonczyła się telefonem na pogotowie ratunkowe,które na szczescie szybko zareagowało i zabrali mame do szpitala.Ostatnie chwile które z nią spedziłam,zanim zatrzaśnięto przedemną drzwi erki,były wypełnione łzami,przeprosinami,że oddaje ją do pod opiekę szpitalną.Mam złe doświadczenia,nie ufam systemowi,nie wierze lekarzom na 100% i stąd moja niepewność czy dobrze robię.Z drugiej strony,jej stan był na tyle poważny,że miałam wielkie obawy czy dożyje rana..nie udźwignełabym odpowiedzialnośći za złą decyzję,a do końca nie byłam pewna czy podejmuje dobre kroki.Stes z tamtego wieczoru prześladuję mnie prawie co noc.I jakieś dziwne,metafizyczne zjawisko,sprawia,że mama ,w przebłyskach swojej świadomośći mówi to samo.Ze mimo stanu prawie nieprzytomnego,pamięta każde słowo i gest tamtej nocy.Wtedy rozgrzeszała mnie za telefon na pogotowie...dzisiaj mówi,że to było niepotrzebne.
Nie licze nieprzespanych nocy ( nigdy wcześniej nie miałam problemów ze spaniem,nawet w czasie wielkich kryzysów z Onym.Wypracowałam sobie ucieczkę w sen),łez,zadręczania się i wyrzutów sumienia,że oddałam mamę do szpitala,ale miałam nadzieje,że to tylko taka pierwsza reakcja, w wyniku szoku,tymczasem to wszystko ciągie się od dwóch miesięcy..
Moja codzienność nigdy nie była łatwa,nie pamiętam kiedy tak naprawdę odetchnęłam od problemów.Choć na chwilę.Zawsze coś.Choć wiem,że bywa gorzej i mimo wszystko doceniam.
A doszło jeszcze więcej.Mama w szpitalu spedziła 7 tygodni.Wyszła w troche lepszym stanie fizycznym,w wiele gorszym psychicznie.W domu może pobyć pare tygodni,bo nie ma opcji zapewnieia jej opieki jakiej wymaga.Trzeba szukać jakiegoś w miare dobrego,zapewniającego godną starosc domu opieki.My,rodzeństwo nie jesteśmy zgodni co do niczego i nie zanosi się na kompromis.
A mi doszło pare innych problemików:
-Zwolnienia i redukcja etatów w pracy i przypisanie mi dodatkowych obowiązków i odpowiedzialności w zamian za zero dodatkowych zarobków.
-Dorastanie Riczi,i przepraszam,że będe dosadna ale ona dorasta na pełniej piździe!
-A Ony dostarcza rozrywki w postaci kłótni o to,że przesadnie dbam o czystość w domu, tym samym terroryzując wszystkich człownków rodziny.
-Kiepsko wyszły ostatnie wyniki badań (mam guza tarczycy)
-I do tego zepsuło mi się auto,a nie mam żadnej alternatywy w postaci autbusu,pekaesu,taksówki czy pociągu,bo mieszkam na wypizdowie,z niewilkiego dala od cywilizacji miejskiej.
Pozdrawia,sfrustrowana Simera,życząc wesołych swiąt
7 gru 2025
Dopadła mnie bezsilność.
To druga wersja początku tego posta,w pierwszej chciałam zacząć od słow,że wypaliłam się jako rodzic.
Po uspokojeniu emocji i spojrzeniu na sprawę z dystansem uważam,że jednak ta duga mniej dramatyczna wersja jest bliższa prawdy.Niestety,zdarza się,że takie natroje goszczą u mnie co raz cześciej.To chyba za sprawą nałożenia się na siebie dwóch trudnych etapów życia,a mianowicie dorastania mojej córki i mojego przekwitania.Obydwie jesteśmy na samym początku tego stadium,wiec wszystko przed nami.Lubie wyzwania i nowe rzeczy,ale tej chętnie bym uniknęła.
Nie jestem łatwym człowiekiem.Mimo trudnego dzieciństwa i niedobrych doświadczeń starałam się zawsze optymistycznie patrzeć na otaczający mnie świat i ludzi.Nauczyłam się tolerancji i wyrozumiałosci,ale niestety nie da się pewnych spraw przeskoczyć i nie stałam się ideałem.Wszystko ma swoje granice i ja swoje też postawiłam.Owszem,pozwalam je przekraczać i czasami naginam swoje zasady,ale własnie chyba na tym między innymi polega macierzyństwo.Trzeba pójśc na kompromis.Poza tym nikt nie jest doskonały.Wiec czasami przymykam oko na występki swojego dziecka.Nierzadko udaje,że czegoś nie zauważyłam.Często udaje przysłowiowego głupka,i czegoś tam niby nie dosłyszałam albo nie zrozumiałam.Wiecie jak to jest być matką nastolatki...Wciąż się uczę.
Cierpliwosci,wyrozumiałośći i gryźć w język.Bo trafił mi się egzemplarz nie do okiełznania.Zodiakalny bliźniak.Rollercoaster w swoim najbardziej hardcorowym wydaniu.Jazda bez trzymanki.I to drugi taki ewenement,bo pierwszym jest siostra.Może nie jesteśmy totalnym przeciwieństwem ale wspólnych cech temperamentu i charakteru nie dostrzegam.Ja lubie bezpieczeństwo,spokój czasami wręcz rutynę czy nudę a u mojej nabodźcowanej córki cały czas musi się coś dziać.Ja lojalna do bólu a ona nie robiąca sobie nic z obietnic czy danego słowa.Ja roważna i umiarkowana,Riczi rzucająca słowa na wiatr,robiąca wszystko na pełnej petardzie.Ale kto zna horoskopowe byczki,wie,że ten spokój i równawaga są do czasu aż im na grzbiet nie wejdziesz,nie złapiesz za rogi i nie spróbujesz corridy.Nie okiełzniesz byka!Ale jak go rozjuszysz to Cię rozniesie i podepcze.Własnie taka jestem.Gdy głośny awanturniczy bliźniak poci się,żeby mi nawrzucać i sprowokować,to wtedy taki byczek jak ja ze stoickim spokojem zbiera siły,żeby powiedzieć ostatnie słowo i zrobić co trzeba.Oj bywa u nas głośno...
Nie jestem z siebie dumna.Bo naprawdę potrafię zmiażdzyć.Ale zawsze daje znaki ostrzegawcze,przypominam o granicach,nawołuje do porządku,upominam zanim będzie za późno.Jednak Riczi wybiera probę sił.Co raz częsciej,jeśli już nie zawsze,woli starcie niż pokój.Jest uparta a co gorzej,sama przyznaje,że upiera się tylko dla zasady niż z poczucia racji.Dużo rozmawiamy...ehmnnn raczej dużo gadam,bo te nasze rozmowy,to raczej monolog.Po kazdej kłotni staram się wyjaśnić i rozkminiam,dlaczego coś poszło nie tak,jak od słowa do słowa rozpętała się awantura.Ona rzadko słucha a jeszcze rzadziej wyciąga z tego jakąś naukę.
Jestem zła na siebie,bo brak mi konsekwencji.Ileż to razy straszyłam,że następnym razem to ...ale prawie nigdy nie dotrzymuje słowa.I bezwzględnie muszę nad tym popracować i się zmienić.Nie chcę zwalać winy na innych,ale Ony w tym wszystkim też ma swoją role.Dobrego tatusia.Nigdy nie bierze mojej strony.Nigdy nie przyznaje mi racji.Nawet jak wie,że mam ja w stu procentach.Powierzył mi role tego gorszego rodzica i to ja jestem w domu od egzekwowania od Riczi,nauki,porządku i od jej wychowywania.On może tylko rozpieszczać i spełniac jej zachcianki.
Tak jak wspomniałam wyżej mam sobie co nieco do zarzucenia.Życzyłabym sobie mieć więcej dystansu,być mniej wybuchowa i nerwowa,umieć wszystko załatwić rozmową.Ale piszcząca i rozemocjonowana nastolatka to dla mnie za wiele...Szukam pomocy w publikacjach i ksiażkach,grupach wsparcia dla rodziców i staram się nad sobą pracować.Ku uciesze mojego męża,który twierdzi,że jest to kolejne potwierdzenie mojego wariactwa...
Marzę,żeby mieć tak jak mój kot ...wszystko w zadzie
25 paź 2025
Zaakceptować siebie
Niczym męczennica zmusiłam się do napisania tego postu.Nie dlatego,że obiecałam.A obiecałam dlatego,że chciałam,że powinnam i byłam sobie to wina.Wywlec (znowu) na światło dzienne dawne,długo zakopywane bolączki.W moim dorosłym zyciu juz kilka razy stawiałam temu czoła,działa to trochę jak autoterapia,sprawdza się i pomaga na jakiś czas.Dłuższy czy krótszy zależy od róznych okolicznosći.
Próbowałam pokochać swoje wewnętrzne dziecko,i kiedyś był o tym długi wpis,ale nie ma już tamtego bloga.Naiwnie myslałam,że jak go wykasuje,to wraz z nim do czeluści kosza pójdzie kawał mojego zycia?
Bo naprawdę chciałabym zapomnieć.Jest kilka rzeczy o których marzę.Żadna nie jest materialna,a jedna to właśnie,aby zapomnieć.Obudzić się pewnego dnia i mieć totalny black out.Albo podpisac cyrograf z Diabłem i cofnąc czas.Taaak..
Zmieniałabym jedną rzecz..nie podjęłabym tylko jednej decyzji,która odwróciłaby prawie wszystko na co mogłam mieć wpływ.W dzieciństwie przeżyłam traumę.Nie wiem,czy kiedykolwiek będę umiała nazwać rzeczy po imieniu i napisać o tym wprost,czy powiedzieć bez owijania w bawełnę.Nie wiem czy to mi potrzebne..wystarczy,że się stało,ukształtowało moją ja i w sumie to myślę,że rozmawianie o tym na głos chyba nic nie zmieni.Więc nazwe to traumą.Było to bolesne doswiadczenie,w sensie zrówno fizycznym jak i psychicznym.A najgorsze,to że nie miałam oparcia w nikim,nawet u mamy,która po mojej próbie przedstawienia jej sytuacji udała,że nie rozumie i nie wie o co chodzi.Trochę o moim specyficznym dzieciństwie pisałam tutaj https://simerapiszeciagdalszy.blogspot.com/2024/10/z-zycia-wziete.html .Do takich tekstów staram się podchodzić bez emocji.Tak samo zresztą,jak do dzisiejszego.Piszę na raty,edytuje,poprawiam,przeciągam,w sumie robie wszystko,by rozwlec w czasie i tym samym wypłukać się z emocji.Bo chyba mi to nie służy.Za dużo na raz.
Tak więc byłam sama.Nieplanowana,niechciana,niekochana,nieszanowana.Nikt mnie nie uraczył tymi uczuciami czy zachowaniami.Nikt mi ich nie pokazał,nigdzie ich nie widziałam i tym samym nie szukałam,bo pewnie nie wiedziałam,że istnieją.Dzisiaj z perspektywy czasu,wiem,że choć rozpaczliwie szukałam miłości,to sama nie potrafiłam kochać.Ani siebie,ani innych.Tak zdrowo.
Wyjechałam na studia,które trwały krótko,bo znalazłam pretekst i wychałam za granicę.Chciałam uciec jak najdalej,jakby odległość miała jakieś znaczenie.Na tamten czas,to się jednak sprawdzało.Odcięta od swojej przeszłości,rodziny,miejsc,języka,które by się źle kojarzyły stawałam się nową sobą i pisałam lepszy senariusz.Bawiłam się grubo.W ramach przyzwoitości oczywiśćie.Pracowałam,uczyłam się,wchodziłam w relacje,bliższe,luźniejsze,epizodyczne i długofalowe.Jedne trudne inne nudne.Przeżyłam miłośc i przygode swojego życia niczym w filmie.Gdybym miała talent to byłaby z tego niezła książka.Tylko musiałby się wydarzyć happy end,bo bez tego nie ma dobrej ksiażki a i u mnie na to się nie zanosi.W każdym razie działo się.Szukałam wrażen i miłosci,akceptacji i zrozumienia.Czułosci,opieki i wszystkiego czego nie zaznałam w dzieciństwie.Takie młode,zagubione dziewczyny były łatwym "łupem".Zaniżona samoocena,niskie poczucie własnej wartosci,brak pewności siebie przyciągały nieodpowiednich osobników.Wpadałam w różne związki,ale szybko z nich uciekałam,bo na szczescie miałam mocny instynkt przetrwania.Aż pojawił się Ony.
Tak samo jak ja,poobijany zyciowo.Na początku to była tylko powierzchowna znajomość,ot dalszy kolega.Potem okazało się,że bardzo podobam się temu koledze i tak,będę szczera,chyba z litosci i nudy umówiłam się z nim na kawę.Nie spodobał mi się jako mężczyzna,ale że obracaliśmy się w tym samym towarzystwie a nie za bardzo umiał sie odnaleźć w obcym kraju,to troszkę mu pomagałam w urzedach,czy znalezieniu pracy.Na przestrzeni dwóch lat spotykaliśmy się sporadycznie a potem nagle jakby mnie zaczarował.Była sielanka.Przez rok.Kolejny był już trudniejszy gdyż zaszłam w ciąże i nie dałam sobie prawa nawet do zastanowienia się czego chce,tylko jak ta głupia gęś przyjełam oświadczyny i zaczeliśmy planowac wspolne zycie.I zaczęła się proza...Poroniłam,co bardzo zarzutowało na dalszych wyborach i wydarzeniach i choć wyczuwałam,że coś jest nie tak ,to nie dopuszczałam się do głosu.Odwlekaliśmy datę ślubu.bo skoro miało nie być dziecka to po co jakies zaślubiny.Wtedy wierzyłam,że to są też przekonania..ale to było wtedy,nie byłam chyba sobą.I minął kolejny rok,i jakoś trwał drugi gdy z euforią przeczytałam wynik z laboratorium o mojej ciąży.I znowu wypłynął temat ślubu i znowu poroniłam i znowu były łzy,depresja i wszystko przepadło.Potem Ony miał sporo pracy,dużo nowych kolegów oraz okazji do picia alkoholu,a to wywołało co raz więcej niedopowiedzeń,niezadowolenia i kłótni.A data ślubu ustalona,zaliczki wpłacone,goście poinformowani...Wiedziałam,że nic z tego nie wyjdzie.Zastygłam w temacie,uciekłam od tego,zostawiłam wszystko samoistnemu biegowi wydarzeń..Ale nic się nie zmieniało,poza tym,że było między nami co raz gorzej.Po cichu odwołałam wszystko co związane ze ślubem nawet nie informując Onego.Już nawet nie pamiętam w jakich okolicznościach on sie o tym dowiedział,ale musiało być to dla niego nic nie znaczącym faktem,skoro mineło bez echa i nie zapisało się w mojej głowie na dłużej. Już wtedy zaczeliśmy żyć obok siebie...Na pocieszenie kupiliśmy psa,zmieniliśmy mieszkanie na takie w apartamencie,ale o wyjeździe Onego nie było mowy.Mówił,że mnie kocha,że po co nam ślub,a tak naprawdę to potrzebował jeszcze zarobic pare tysięcy euro.Tak,w tej materii to był konsekwentny.Chciałam się rozstać,dałam mu jakiś czas na znalezienie mieszkania,poszłam na studia,żeby mniej czasu spędzać w domu,ale on odwlekał..Staliśmy się współlokatorami.Tak naprawdę to kryzys gospodarczy kraju,w którym mieszkaliśmy pomógł nam się rozstać.Finanse Onego się posypały i zdecydował wrócić do Polski.Wtedy już,gdy znał datę wyjazdu i trzymał bilet w ręku,to nawet się nie fatygował,żeby udawać...Ulżyło mi,choć wiadomo,musiałam odreagować.Nie powiem,wylałam trochę łez i za nim i przez niego,a może tak naprawdę płakałam za straconym czasem?Pozbierałam się szybko i wpadłam w wir mojego zycia.W cale nie nowego,tego samego ,tylko bez Onego.Bo już od dłuższego czaasu on był tylko dodatkiem a czasami wręcz ciężarem.Miałam swoich przyjaciół,znajomych,prace.I pustkę w sercu po moich nienarodzonych dzieciach.Marzyłam o takim,które wezmę w ramiona,przytulę i będę obok na zawsze.Dam mu wszystko,to czego ja nie dostałam,za nas dwoje go obdarze.Ale nie szukałam miłości,czy męża,wręcz odrzucałam i unikałam wszelkich okazji,by takową spotkać,a uwierzcie w tamtym kraju blondynka z Polski miała adoratorów.W tamtym momencie faceci mnie wręcz obrzydzali.Wtedy to była najsilniejsza wersja mojej ja.Nieudany zwiażek mnie nie złamał,tak samo jak wspomnienie bolesnych słów z ust Onego słyszanych przez te wszystkie lata.Byłam zaprawiona w tym boju i przyzwyczajona.Miałam gorsze momenty,ale wiadomo,życie,Komu się nie zdarza? I w takiej atmosferze minął prawie rok.Majaczyła na mojej zawodowej drodze ciekawa perspektywa,dostalam propozycje pracy rezydentki na jednej z dużych wysp i zaczęłąm ją rozważac na powaznie az w progu mojego mieszkania pojawił się Ony.
I cała moja nienawiśc do samej siebie zwiazana jest własnie z ta chwilą.Powinnam mu była zatrzasnąć drzwi przed nosem,pognać do diabła albo jeszcze dalej. A zamiast tego przyjełam kolejne zaręczyny,po pół roku powiedziałam tak w urzędzie,potem w kościele tym samym gwałcąc samą siebie.Tak,to odpowiednie słowo.
Od 12 lat nie umiem sobie wybaczyć,nie odzyskam chyba nigdy szacunku do samej siebie za to co zrobiłam.Nie wiem czym się wtedy kierowałam,co miałam w głowie zostawiając swoje poukładane życie,fajną prace,przyjaciół..Dlaczego zgodziłam się dzielic życie z człowiekiem,który mnie nigdy nie kochał,w miejscu tak odległym od mojego miejsca na Ziemi?Po co wziełam ten krzyż na siebie,wiedząc że go nie uniosę..?Bo taka moja karma? Bo przywykłam do cierpienia? Bo nikt mnie nie kochał,sama się nie pokochałam,wiec nie wymagałam tego nawet od faceta za którego wyszłam?
Teraz,kończac ten wpis jestem tak zła na siebie,że nawet nie biorę pod uwagę,że kiedykolwiek się polubię..
Podjełam dwie duże próby ukochania się.Pierwszy raz w czasie,gdy pojawiły się problematyczne sygnały w związku z Onym.Moje otoczenie i bliscy,mówili,że my najzwyczajniej do siebie nie pasujemy,jesteśmy z innych światów a ja upatrywałam się winy w sobie.Zagłębiłam się wtedy w moje wewnętrzne dziecko i naprawdę praca nad sobą przyniosła korzyści,aż do kolejnego kryzysu w związku.Zawsze słyszałam,że to moja wina i tak jak weszłam w te role winowajcy za dzieciaka,tak chyba jest do tej pory.Przede wszystkim szukam przyczyny w sobie.Drugi raz,po kilku latach małżeństwa..Gdy miałam już nienormalne myśli,a przecież miałam dla kogo być,bo na świecie była Riczi.Przerażona własnym stanem poszłam do psychiatry.Ten wykluczył chorobę psychiczną i wysłał do psychologa.Po dwóch wizytach specjalistka wybiła mi z głowy wmawianie sobie niedoskonałośći i wysłała na psychoterapie.Trafiłam na ludzi na własciwym miejscu,oddanym swojej pracy czy powołaniu.Odbyłam serie spotkań,na których tak zmieniłam myślenie,że złagodniałam w stosunku do siebie i otoczenia.Ostatnia wizyta to było spotkanie we trójkę.Ja,terapeutka i psycholog,które jako jedyne rozwiązanie z mojej sytuacji widziały rozwód.Podczas psychoterapii dowiedziałam się,że jestem ofiarą przemocy materialnej,psychicznej,emocjonalnej i zdarzyło się też,że fizycznej.Generalnie gaslighting mój mąż miał opanowany do perfekcji.
Mineły 3 lata a ja wciąż jestem jego żoną..
A miało być bez emocji.
2 mar 2025
Nie,żeby było jakoś mega imprezowo w moim życiu,ale zważając na to, że odcięcie Onego od alkoholu równało się odcięciem od życia towarzyskiego i wszelkiego imprezowania,to ten rok zaczął się i kontynuuje na plus w tej materii.Pozwolę sobie przyjąć,że to Sylwester zapoczątkował dobrą passe.Bo wierze,że towarzystwo w którym spędziliśmy ten wieczór wraz z atmosferą zrobiło swoje.Mam nadzieje ,że mój ślubny powoli zaczyna rozumieć iż dobra impreza nie oznacza % bez umiaru,kaca następnego dnia i moralniaka.Z pewnością,potrzebujemy jeszcze dużo czasu,żeby to wszystko wypracować ale jestem dobrej myśli.Po sylwestrowo-noworocznym maratonie u sąsiadów przyszła kolej na mnie.Urządziłam walentynkowy weekend dla dorosłych i dzieci.Byli nasi sąsiedzi z dwójką dzieci w wieku mniej więcej mojej Riczi i jeszcze jedna para,bezdzietna,która akurat buduje dom w naszym dosyć bliskim sąsiedztwie.Tak,tak,nasza społeczność się powiększa.Dorośli mieli swoje menu i atrakcje a dzieci swoje.Wspólnym mianownikiem były dania na gorąco i pyszna pavlowa,którą przyniosła sąsiadka,a następnego dnia zmówiliśmy sushi i wygłupialiśmy się na lodowisku.
Ale do sedna,bawiliśmy się naprawdę fajnie.Nasi goście poznali się dopiero na tej imprezie,więc było dużo do obgadania,co z kolei rodziło wiele nowych tematów.Pełna kultura mimo drinków i piwa.Żegnaliśmy się z obietnicą,że musimy to koniecznie powtórzyć.
Tak samo było wczoraj na ostatkach u mojej siostry.Zróżnicowane towarzystwo,wyskokowe napoje i dobre jedzonko.Poznałam ciekawych ludzi i może jakoś będziemy kontynuować znajomość,bo właśnie kupili kampera i tak samo jak my,żółtodzioby karawaningowe,szukają towarzystwa i planu działania.Który,ja chętnie ogarnę hehe.Wracaliśmy z Warszawy w dobrych nastrojach.
I wszystko byłoby super,gdyby nie to,że Ony za każdym razem po udanym wypadzie czy imprezie potrafi zepsuć nastrój.I to chyba raczej z premedytacją,bo dzieje się to za każdym razem.Jakby nie chciał,żebym miała te dobre wspomnienia i żeby ten dobry czas trwał.Zawsze musi nastąpić brutalny koniec wywołany awanturą o jakąś bzdure.Nie umiem tego pojąć,nie mogę rozgryźć...może jest zazdrosny,że ja się dobrze bawię? Czy jednak,mimo tego,że zaprzecza i mineło 5 lat odkąd nie spożywa alkoholu ,to mu tego brakuje? Zal mu,że inni dobrze się bawią a on nie mógł pijąć ani nie może nie pijąc?
I znowu czekają nas ciche dni.Mijanie się w domu bez słowa,a jak sytuacja dociśnie to wymuszone tak albo nie.Złośliwe uwagi i głupie sugestie.
Może i ja nie jestem bez winy,bo nie potrafię się zamknąc ( tak,bez cudzysłowia, w dosłownym znaczeniu) tak jak maż tego wymaga.Zawsze muszę powiedzieć swoje,ale jak nie mam racji to umiem to przyznać i przeprosić.Coś,co jest niewykonalne dla Onego.W sumie po co? Przecież nie ma takiej potrzeby,bo On jest nieomylny i w ogóle naj.Bardzo krótko po ślubie zadeklarował,że nigdy mnie za nic nie przeprosi.Tak,juz z góry to założył.
1 sty 2025
Nowy Rok
Już w srodku lata zdecydowałam,że tegoroczne swięta spędzimy u mojej mamy.Nie zamierzałam pytać Onego o pozwolenie czy zgodę (tak jak jest tego nauczony) tylko oznajmiłam,że na Boże Narodzenie jadę do rodziny a on ma czas,na to by zdecydować czy jedzie z nami czy nie.
nieZŁAżona,prawda?
Ale nie miałam wyboru.Sytuacja mnie zmusiła.Nie żeby dotychczas trzymał mnie pod kluczem,mogłam jechać,ale bez niego bo zawsze miał wymówki.I fakt,mieszkamy w domu a ogrzewania nie mamy automatycznego z podajnikiem,tylko tradycyjny piec do zaladowania drzewem.To drzewo trzeba porąbac a piec przed kazdym rozpaleniem przygorować,co nie nalezy do przyjemności i brak śmiałków,którzy podejeliby się takiego zadania.Jest to też dobra wymówka,żeby do tesciowej nie jechać,tylko spędzić swięta w gronie swojej najbliższej rodziny.Ja taką przyjemnosć miałam ostatnio 5 lat temu.
Wiedziałam,że jak wdam się z męzem w dyplomacje,to nic z tego nie wyjdzie,bo miał dobre argumenty w rękawie.Po pierwsze kwestia pieca i ogrzania domu,po drugie nasze zwierzęta.
Ale ja wierze (choć czasami z tego nie korzystam),że zawsze jest jakieś wyjscie a nasze mieszka za płotem w osobie szwagra.Oni wyjezdzają dwa,trzy razy w roku i wtedy to my opiekujemy się ich domem i zwierzakami.Fakt,mają bezobsugowy piec,ale pomocy czy życzliwości nie można liczyć zero jedynkowo.
a jeśli tak,to my z ich pomocy korzystamy tylko raz w roku,jak wyjeżdzamy na wakacyjny urlop.W ferie jeżdze z Młodą sama,bo Ony nie może zostawic domu.
Tak przygotowawszy męża wyslałam go do szwagra na rozmowę.Tamten nie widział problemu i Ony chciał czy nie,mógł z nami jechać na południe.Podejrzewam,że nie chciał,ale nie wypadało inaczej.
Nie dlatego,że ma cos do mojej mamy czy rodziny,podejrzewam,że bardziej chodziło o to,że nie chciał zostawiać swoich w swiąteczny czas.Mój maż czuje się bardzo odpowiedzialny za swoich rodziców i rodzoną siostrę,nawet chyba bardziej niż za nas.
Więc wybyliśmy w długę podróż przez prawie całą Polskę,po drodze zatrzymując się na chwilę w Warszawie i Krakowie.Snieg był w górach,ale w miasteczku niestety nie i brakowało tej zimowej aury a co za tym idzie bożonarodzeniowej atmosfery.Wypasione choinki na starówce i pięknie oswietlone ulice to nie wszystko.Za to rodzinna atmosfera nadrobiła wszystko.Nie wiem czy przemawia przeze mnie nostalgia za rodziną,idealizuję (wątpie) i brak mi obiektywizmu,ale familia się spisała,zjechała i spędziliśmy swietnie czas.W momencie kulminacyjnym u mamy w mieszkaniu były 23 osoby a ja z najstarszą siostrą gospodarzyły my i kucharzyły.Tak prawie po goralsku :) Ogólnie spędziliśmy tydzień na wspolnym przygotowywaniu jedzenia,przy stole,na rozmowach i poznawaniu siebie,bo odkąd ostatni raz widziałam się z niektórymi członkami rodziny to ich statuty się zmieniły.Pozyskali żony,mezów i potomstwo.
Dla mnie były to wyjątkowe swięta.Cieszę się,że mogłam połamać się opłatkiem z mamą,bo zawsze to może być ten ostatni raz.Nie chcę tak mysleć,ale nie oszukujmy się,czas się nie cofa,mama jest już w naprawde podeszłym wieku i choc na szczescie nie dokucza jej mocno żadna choroba,to trzeba być przygotowanym na wszystko
Jeśli sytuacja w pracy się ustabilizuje (firma pada) to może uda mi się wyskoczyc jeszcze na ferie zimowe.Z Młodą oczywiście.
Na Sylwestra musieliśmy już wracać do domu.Obawialiśmy się reakcji naszych zwierzaków na petardy i woleliśmy być blisko nich.Zresztą już wczesniej dostalismy zaproszenie na domówkę a ja lubie dobre towarzystwo i zasłużyłam sobie żeganac i witac rok w takim gronie :)
Było naprawde rozrywkowo :)
Mam nadzieje,że tez się fajnie bawiliście i dobrze zaczeliście ten rok.Przy okazji życzę Do Siego 2025!






